Soc-edukacja
Państwowa edukacja została wprowadzona stosunkowo niedawno, można wręcz przyjąć, że to swego rodzaju eksperyment. Dla nas, współcześnie żyjących, wydaje się to być normą, a na kwestionowanie tego patrzy się raczej krzywo, ale podobnie jak pieniądz nie powiązany z żadnym kruszcem, jest to jeden z większych społecznych eksperymentów, gdzie my jesteśmy królikami doświadczalnymi. Edukacja publiczna była postulowana od początku przez wszelkiej maści socjalistów, rozpoczynając niewinnie, od kształcenia na poziomie podstawowym, kończąc na upaństwowieniu uniwersytetów. Moim zdaniem, zauważalne są poważne wady tego rozwiązania, oto niektóre z nich:
1. Nauczyciele. Spora ich część się do nauczania po prostu nie nadaje. Niestety panujący socjalizm uniemożliwia ich ewentualne zwalnianie. Ponieważ zarobki są marne, wielu którzy mogli by być wybitnymi pedagogami, podejmuje się innej pracy, a Ci którzy się za nauczanie cudzych dzieci zabierają, łatwo mogą stracić motywację. Najgorzej jest w pierwszych latach nauki, ponoć najważniejszych, rodzice nie mają większego wpływu na to na kogo ich pociecha trafi, więc zależy to głównie od przypadku.
2. Przymus szkolny. Jeżeli będzie się on zaczynał tak wcześnie jak planuje ministerstwo, to każda osoba będzie miała obowiązek nauki przez 12 lat (sic!). No cóż, zdaje mi się, że opanowanie podstawowych wiadomości i umiejętności może zająć około 6 lat. Niektórzy w tym momencie osiągają szczyt swoich możliwości, inni po tym okresie woleliby się poświęcić karierze sportowej, muzycznej, czy jakiejkolwiek innej. Dlaczego zmusza ich się do zaliczania gimnazjów? Nie wiem. Zdaje się jednak, że naukę w gimnazjum, czyli do 16 roku kontynuowałoby sporo osób. Natomiast na naukę w szkole średniej, gdyby nie była państwowa, nie wiem czy (ze względu na predyspozycje i umiejętności) załapałaby się połowa obecnie tam uczęszczających i to chyba wystarczy za komentarz. Dodatkowo można stwierdzić, iż tam gdzie nauka nie jest przymusowa, dzieci bardziej się do niej przykładają i bardziej im na niej zależy.
3. Koedukacja. Koedukacja ma miejsce przez cały okres nauki (z wyjątkiem zajęć wychowania fizycznego). Jest to wynikiem trzymania się mitu, że obie płcie są sobie równe pod każdym względem. Każdy myślący człowiek wie, że tak nie jest. Moim zdaniem, chłopcy i dziewczęta powinni być w oddzielnych klasach, co umożliwiłoby dostosowanie programu do ich możliwości. Ponadto w okresie dojrzewania, łatwiej zachować dyscyplinę wśród młodzieży w klasach nie koedukacyjnych.
4. Wyrównywanie. Ma ono miejsce głównie w pierwszych latach edukacji. Jak wiadomo, niektórzy ludzie są bystrzy ponad przeciętną, inni poniżej przeciętnej. To samo tyczy się dzieci. I o ile w liceach i gimnazjach jako tako znajduje to odzwierciedlenie poprzez istnienie szkół lepszych i gorszych, klas profilowanych i rekrutację na podstawie umiejętności, o tyle w podstawówkach panuje wyrównywanie, czyli mieszanie osób o różnych predyspozycjach. Dlaczego w gimnazjum i szkołach średnich się to toleruje (co więcej, jest to pożądane), a w szkole podstawowej nie? Poszkodowani są głównie zdolni najbardziej i najmniej. Pierwsi mogli by iść z materiałem szybciej, ale muszą czekać na resztę, co powoduje jedynie rozleniwienie. Drudzy nie nadążają za materiałem i w wyniku tego będą do tyłu coraz bardziej i bardziej, gdyż nie zdążą opanować jednego zagadnienia, a już nadchodzi kolejne.
5. Funkcja publicznej edukacji. Otóż dla mnie, podstawową funkcją szkoły (jako instytucji) jest nauka. Okazuje się, że nie koniecznie. Wydaje się, że podstawowym zadaniem szkoły staje się wychowywanie i przystosowywanie (bezstresowe i postępowe oczywiście). Moim zdaniem dzieje się to z jednej strony dlatego, że państwo tego chce, aby wychować obywateli według pewnego schematu, z drugiej strony musi, ponieważ ściągając z ludzi horrendalne daniny, zagania oboje rodziców do pracy, a dzieci stają się słomianymi sierotami, którymi ktoś się musi zająć.
Czy jesteśmy skazani na szkoły publiczne? Na taki interwencjonizm państwowy w tej dziedzinie? Jeśli chodzi o mnie, to mam nadzieje, że nie. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, że coś takiego jak bezpłatna edukacja nie istnieje, za wszystko płaci się z naszej kieszeni, kieszenie podatnika, że za te pieniądze utrzymuje się sporo urzędasów, którzy są zupełnie zbędni, że sporo tej kasy jest zwyczajnie marnotrawione, i że to co w rękach prywatnych, co do zasady funkcjonuje lepiej, niż gdyby było w rękach państwa. Uzmysłowienie sobie tego przez społeczeństwo, mogłoby pociągnąć łańcuch wydarzeń, który przyniesie pozytywny skutek. Czy tak będzie? Nie wiem.